Wiemy już wszystko. Moja socjologiczna ciekawość została zaspokojona. Jest jak w Koglu-moglu – „Ślubu nie będzie, Kaśka uciekła”. Uciekła wraz z podpisami proreferendalnymi, które zostały zweryfikowane negatywnie niczym Franz Maurer:-). Dosyć żartów. Ad rem.
O lądeckim referendum w sprawie odwołania Burmistrza po raz pierwszy usłyszałem chyba już w kilka tygodni po wyborach samorządowych. Pomimo, iż od wyborów włodarza minęło wtedy jeszcze niewiele czasu, biorąc pod uwagę sporą polaryzację społeczeństwa w trakcie II tury elekcji, nie było to nic niewiarygodnie zaskakującego. Temat referendum traktowałem wówczas jedynie jako życzenie kilku rozczarowanych wynikiem wyborów osób. Sytuacja zaczęła zmieniać z upływem czasu. Rok 2015 był w naszym samorządzie rokiem bardzo dynamicznym. Czy to dobrze, czy źle? Nie mnie to oceniać. Uważam, że gorące dyskusje, konstruktywne burze czy przepychanki, mogą dać w konsekwencji lepsze efekty niż bierne trwanie. Spór to istota naszego systemu ustrojowego; nic nadzwyczajnego. Na bazie emocji, nastroje społeczne tak czytelne od pierwszych powyborczych dni, zaczęły narastać, a działania nabierać realnych kształtów.
Grupa referendalna, którą roboczo, ze względu na ciche działania w terenie, nazwałem „pełzającą”, pojawiła się w przestrzeni gminnej i zaczęła zbierać podpisy pod inicjatywą referendalną. Działania ich oceniałem jako dziwnie mało aktywne i oparte głównie na marketingu szeptanym. Biorąc pod uwagę na pozór leniwe działanie grupy, zdziwiłem się kiedy usłyszałem o tym, że dosyć sprawnie zebrała podpisy konieczne do przeprowadzenia referendum i trafiły one na ręce komisarza w Wałbrzychu. Dzisiaj moja ciekawość dotycząca skuteczności akcji została w zupełności zaspokojona. Okazało się, że nie zebrano wystarczającej ilości podpisów, która uprawniałaby do wszczęcia procedury. Wiązało się to z faktem, że jak wieść niesie spora część podpisów nie spełniała zakładanych norm – tj. zgodności numerów PESEL i adresów w ewidencyjnej bazie danych. Mamy jasną sytuację. Koniec referendalnej zadymki. Myślę, że zakończenie procedury wiele wyjaśnia. Burmistrz uzyskuje dodatkowe umocowanie (niepisane wprawdzie, ale jednak) i carte blanche nie tylko jeśli chodzi o realizację autorskiego budżetu, ale także odnośnie pojawiających się nowych pomysłów. Ewentualna kontynuacja procedury referendalnej z całą pewnością wzmacniałaby nastrój zawieszenia, wyczekiwania i niepewności. W tej chwili mamy czystą i jasną sytuację. Jest miesiąc luty i pozostaje wystarczająco dużo czasu, aby sztab urzędniczy realizował zawarte w budżecie działania. Wyzwań jest całe mnóstwo i nie ma już absolutnie żadnych przeszkód. Droga została oczyszczona. Teraz pozostaje tylko zapytać: Quo vadis?
Myślę, że w najbliższych dniach przekonamy się jaką ścieżkę obierze Pan Burmistrz i jakimi metodami będzie chciał wprowadzać w życie swoje pomysły. Przekonamy się także, jak ułoży się dalsza współpraca z Radą Miejską. Zawsze pozostaje nadzieja (życzyłbym sobie, żeby nie była płonna), że wyczyszczone przedpole doprowadzi do nowego rozdania i sprawnej pracy. Odrębną sprawą jest fakt, jak w tejże rzeczywistości odnajdą się osoby rozczarowane wynikami ich pracy w terenie podczas zbierania podpisów. Czy uaktywnią się jeszcze bardziej, czy też przełkną gorycz porażki i dadzą sobie spokój z jakimikolwiek działaniami. Zapewne, jak zwykle, czas pokaże.
Nasze miasto czeka wiele wyzwań. Czas się z nimi mierzyć. Najwyższy.