Po drastycznym sugarfree, przechodzę na wersję soft. Adwent skończył się już jakiś czas temu, a fakt ten dziwnie mi umknął. W okresie całkowitego sugarfree spróbowałem paru smakowych wolnych od %%% ciekawostek, więc dzielę się tymi najdziwniejszymi. Opowieści typu Lech Free, Żywiec Bezalkoholowe, czy czeskie nealko nie sprzedaję, gdyż większość kierowców i pracoholików na pewno bardzo dobrze je zna. Wrzucam ciekawostki! Były wyjątkowe! Dlatego publikuję moje wrażenia, zapisane w szufladzie jeszcze w grudniu.
Smakowe, adwentowe przygody podsumować należy wpisem uderzającym od razu w wysokie, bezprocentowe „C”. Na „dzień dobry sugarfree” wybrałem niesamowicie cenioną i uznaną szkocką markę BrewDog i jej oczywiście bezalkoholową odmianę Nanny State. Bezalkoholową w świetle ustawy oczywiście, ponieważ w butli znalazły się śladowe ilości alkoholu, porównywalne do jego zawartości w wielu innych produktach spożywczych codziennego zastosowania. Warka testowana przeze mnie miała coś około 0,5 %, a trzeba przyznać, iż w Nanny State miewało nawet 1,1 % . Piwko piję w równie kultowym miejscu co sam piwny brand, czyli po pierwsze w stolicy, po drugie w Śródmieściu, a po trzecie w pierwszej w Warszawie multitapowej knajpce browaru BrewDog. Klasyk. Co niewiarygodnie cenne, to bezalkoholowe cudo mam okazję wypić „z kija”. Świadczy to jak najlepiej o pionie logistyczno – marketingowym sieci. Zakładają, że jakiś promil;-) społeczeństwa gustuje w bezalkoholowym. W BrewDogu leje się na pinty i jej ułamki, więc nie szczypiąc się specjalnie proszę od razu o całą. Dla niewtajemniczonych pinta, jest naszym ciutkę przelanym, standardowym kuflem. Czekając na piwko oglądam wystrój baru. Przyjemnie, cicho, spokojnie i w półmroku. Nie ma zbyt wielu admiratorów złotego trunku, ponieważ jest młoda godzina (coś około 16.00), na ulicach Warszawy trwają protesty, no i jest środa. Pustka w lokalu sprzyja kontemplacji. Piwo podano! Po pierwsze barwa. Mocna, nasycona głęboko bursztynowa. Wręcz ciemna, prawie jak w mocnych bockach. Super! Po drugie niewiarygodnie mocne, jak na piwo bezalkoholowe, nachmielenie. Toż to aż 45 IBUs. Przyznam, iż czuć to w zapachu (uderzają wyraźne nuty cytrusów), ale także w smaku. Do sporządzenia tego wywaru browarnicy szkoccy użyli następujących szyszek: Centennial, Amarillo, Columbus, Cascade and Simcoe. To czuć. Mikstura pierwszej klasy. Teraz głębia konsystencji. Chmielu nie brakuje, jednak deklarowana mieszanka 8 słodów nieco rozczarowuje. Brakuje odrobinę treści. Roztwór nie jest nazbyt nasycony. Fakt, alkoholu tutaj nie trzeba przykrywać, ale odrobinę słodowej narracji zrobiłoby temu piwku zdecydowanie dobrze. Cóż nobody’s perfect. Gorycz chmielowa zaskakuje, natomiast spory stopień wyczuwalnej wodnistości rozczarowuje. Pianki nie dostałem wiele i nie była bardzo gęsta, ale ja akurat miłośnikiem piany nie jestem, więc żalu wielkiego nie było. Pomimo drobnych uwag krytycznych jest to bardzo ciekawy rzemieślniczy eksperyment piwny. Dla chmielu warto. Ciekawskim dodam tylko, że picie tego cuda nie jest tanim biznesem. Pinta kosztuje 18 zł (koszmar…za takie pieniądze można wypić zacnego imperiala z workiem chmielu), 2/3 – 13 zł a mikra 1/3 to wydatek 10 zł. Butla w sklepie kosztuje również ponad dychę a więc wydać trzeba. Czy warto? Taki browarek to przecież samo zdrowie. Odnośnie butelkowego dizajnu, jak to w browarkach „nealko”, szału nie ma. Jak zwykle blado. W tym wypadku labelek w odcieniu mięty, czy też czegoś a’la seledyn. Czarne liternictwo, jasno i czytelnie. Do tego oczywiście „pieski” logotyp. Ładnie, schludnie, czysto. W końcu bez alkoholu. Podoba się. Piwko z czystym sumieniem polecam. W bezalkoholowych to całkiem udany eksperyment, a jak wiecie w tym segmencie nie jest łatwo.
Nanny State z browaru Brew Dog– Alcohol free hoppy ale (do 0,5 % alk.), oczywiście z glutenem. Chmiele: Centennial, Amarillo, Columbus, Cascade and Simcoe a do tego mix ośmiu słodów.
…Adwentu wspomnienie kolejne…
Wczoraj wieczorem, jedząc zdrową sałatkę postanowiłem odrobinę poeksperymentować. Otworzyłem butelkę zacnego czerwonego, bezalkoholowego wina. Tak, tak, zupełnie bezalkoholowego (można to dziwactwo nabyć drogą internetową). Rubinowe cudo nosiło nazwę Vendôme Mademoiselle Merlot i zostało uzyskane z 96% winnych, hiszpańskich gron tegoż właśnie szczepu. Na początek zapach: leciutki i delikatny, ale wyczuwalny, owocowy z nutą wiśni. Kolor: rubinowy, wyraźny i klarowny, miły dla oka. Smak: przyjemny, lekko kwaskowy z wyczuwalnymi nutami wiśni. Bardzo smaczny, aczkolwiek przypominający produkty serwowane w kartonach i okraszone nazwą „sok”, a prędzej nawet „nektar”. Od soczków, to bezalkoholowe wino wyróżnia odrobinę dłuższy smakowy finisz, który faktycznie zbliża się, ale jedynie na bezpieczną odległość, do wrażeń, które można osiągać smakując prawdziwe wino zawierające alkohol. Doświadczenie przedziwne. Myślę, że bezalkoholowe wino jest dobrą alternatywą dla osób, które lubią substytuty przefermentowanych produktów. Chęć picia takiego wina należy traktować w kategoriach zdrowej fanaberii. Ja fanaberie wszelkiego rodzaju lubię, tylko czy koniecznie za ponad 30 PLN? Na plus z pewnością trzeba zapisać niską kaloryczność napoju. To tylko 18 kcl na 100 ml. Soki wysiadają! Produkt „Made in Germany”. Z apelacją i rocznikiem nie będę się wygłupiał;-).
Na koniec, coś najlepszego, co „zjadłem” w pierwszy dzień Nowego 2017 Roku. Night Orient Rose. Zupełnie bez alkoholu. Z bąbelkami, chłodny, pyszny. Jedyny rewelacyjnie imitujący musujące winko. Charakter mimetyczny;-). Doskonałe w okresie karnawału. Oczywiście jako substytut, tylko…
Takie to doświadczenia z sugarfree…:-). Kto chętny spróbować? Ja wracam, po chwilowej przerwie, do lokalnej, politycznej rzeczywistości.