Polski prze-czołganie

Zeszłoroczne wybory parlamentarne w zdecydowany sposób przemeblowały naszą krajową scenę polityczną. Skala zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, a co za tym idzie podział mandatów w obu izbach Parlamentu stworzył przedstawicielom nowego rządu niepowtarzalną okazję do przeprowadzenia zaawansowanych reform, mających w konsekwencji doprowadzić do radykalnych zmian w formie funkcjonowania Państwa.  Bardzo szybko, bo już w pierwszych miesiącach powyborczych okazało się , że planowane zmiany nie będą wprowadzane w spokojnej atmosferze. Przy pierwszych politycznych przepychankach dot. spraw: Trybunału Konstytucyjnego, czy też mediów publicznych doszło do niespodziewanego oporu obywatelskiego, w oczywisty sposób inspirowanego przez czynniki polityczne, który doprowadzić miał do wysłania w europejski eter komunikatu: „Uwaga! W Polsce biją w demokrację”. Cała sytuacja, którą obserwuję już od dłuższego czasu w mediach mainstreamowych, a także w internecie, w tym we wszystkich mediach społecznościowych, jest dla mnie co najmniej kuriozalna. Definicja demokracji opiera się m.in. na założeniu przekazania wszelkiej potencji w ręce reprezentantów, wyłonionych matematyczną większością w wolnych i bezpośrednich wyborach. Trudno wyobrazić sobie większy mandat, oczywiście w naszych ucywilizowanych okolicznościach, niż mandat zdobyty dzięki karcie do głosowania „wypełnionej wolną wolą” głosującego. Mandat ten upoważnia do podejmowania wszelkich działań usankcjonowanych prawem. W tych właśnie granicach rozpoczęto realizowanie (owszem trzeba przyznać daleko idących) reform, mających urzeczywistnić deklarowaną w wyborach „dobrą zmianę”. Należy dodać, iż ta „dobra zmiana” w sporym stopniu popierana była przez lwią część ludzi młodych, którzy zdecydowali się poprzeć grupę polityczną niosącą na sztandarach potrzebę przedefiniowania sposobu myślenia o naszej narodowej podmiotowości. Osoby, które przystępowały do głosowania miały, wbrew temu co podają wielokrotnie media, pełny zasób wiedzy o programie Zjednoczonej Prawicy, a więc powinny spodziewać się determinacji w działaniach sanacyjnych. Diagnoza sytuacji była jasna już przed wyborami. Polska wymaga zmian. Po wyborach, prawa strona sceny politycznej zyskała również przekonanie, że Polacy tychże zmian oczekują.

Ja, w przeciwieństwie do wielu moich „lemingowych” przyjaciół, dostrzegałem w latach wcześniejszych obszary, które ulegały różnorodnym patologiom, wynikającym zarówno ze złej woli polityków poprzedniej koalicji, chęci zawłaszczania (tak, tak:-)) wielu sfer życia społecznego, grzechów zaniechania, a także politycznej uległości. Wiem, że dla wielu moje rozczarowanie może wydawać się niezrozumiałe. Przecież sam mogę uchodzić za modelowy przykład „leminga”, który w oczywisty sposób jest beneficjentem okresu rządów PO-PSL. Przecież realizuję się zawodowo, mam możliwość działalności publicznej, a także wręcz nieograniczony dostęp do kultury, czy zdobyczy techniki. Zawsze w klubowych dyskusjach podkreślałem, że moje aktualne położenie, nie zwalnia mnie z obowiązku empatii i patrzenia „chłodnym okiem” na sytuację materialną wielu osób, mieszkających chociażby w mojej macierzystej gminie. Stąd też moje wielkie oddanie idei forsowania zmian i tzw. nowego rozdania. Kategorycznie.

Rozpoczęło się reformowanie. Jest to spore wyzwanie, którego efekty będziemy mogli oceniać najwcześniej za 4 lata. Wraz z rozpoczęciem prac ruszyła fala krytyki. Czy aby na pewno konstruktywnej? Zawsze podkreślałem, że nie cierpię hipokryzji, dlatego też bawi mnie permanentne wytykanie błędów przez osoby, które przez szereg lat kształtowały naszą krajową politykę. Mało tego, kształtowały stosując często zabiegi, które średnio albo wcale mieściły się w moim systemie moralnym. Etos pracy dla społeczeństwa powinien opierać się na czytelnym etycznym modelu, który kalkulując oczywiście wszelkie profity, dla osób rozdających karty, nie zostałby wyprany z koniecznego, jasno zdefiniowanego celu poprawy życia osób pozostających poza systemem (patrz: pozostających nie tylko bez perspektyw osiągnięcia średniej krajowej, ale także nawet krajowej najniższej)! Nie wymagałem wiele. Przez poprzednie lata oczekiwałem reform. Myślę, że zdecydowanych działań oczekiwali także obywatele. Liczyli na działanie prospołeczne, oczywiście z wkalkulowanym w działanie ryzykiem. Nawet gdyby jego efekty były nie do końca zadowalające, myślę że przy urnach wyborczych oddano by „cesarzowi co cesarskie”. Stało się inaczej, a tryby systemu demokratycznego przyniosły zdecydowaną zmianę. Zmianie do dziś towarzyszy dziwny, efektowny „skowyt medialny”, który podniósł się po wyborach i jest w pewnym sensie tragikomiczny. Komiczny, bo w dużej mierze wspierany przez odsunięte od władzy, co podkreślam nie w konsekwencji przewrotu, ale demokratycznych wyborów, byłe elity polityczne; tragiczny zaś, bo wykorzystujący zaangażowanie organów europejskich, ba nawet światowych, które doprowadzić mogą do nieodwracalnych strat wizerunkowych dla naszego kraju! Mimo lamentów jestem optymistą. Kurz lada moment opadnie, a Europa ma w tej chwili problemy dużo większego kalibru. Spokojnie.

Demokracja gwarantuje prawo protestu. To niezwykle cenne. Można u nas robić wiele, aby manifestować swoje poglądy także w sferze publicznej. To się właśnie dzieje. Nie ma tutaj nic zaskakującego. Na skutek wolności słowa, także ja przyzwyczaiłem się , że moje środowisko polityczne określane jest wieloma epitetami, które osobiście uważam za niezwykle krzywdzące. Nadużycia w formułowaniu generalizujących tez na temat całych grup, co gwarantuję często świetnie wykształconych i doświadczonych, co zabawne, czynione były przez osoby ze środowisk wycierających sobie usta tolerancją i zrozumieniem. Czyż nie jest to moralność Kalego? Nieważne. Protest tak, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku. Nie wylewajcie dziecka z kąpielą. Za chwile krzyk może wybrzmieć, a szkody wyrządzone przez hałas pozostaną.

Wszyscy jesteśmy obecnie świadkami politycznego ścierania się dwóch wizji funkcjonowania państwa. Oczywiście każda ze stron ma swoje racje. Ja stoję tam, gdzie stoję i dla oponentów mam niestety przykrą wiadomość. W demokratycznych wyborach to aktualnie rządzący gabinet uzyskał poparcie większości głosujących w dniu 25 października 2015 roku. Jestem zdecydowanie przekonany, że wbrew próbom poruszania całej zjednoczonej (chociaż w obecnej sytuacji geopolitycznej, chyba coraz mniej) Europy, Prawica będzie rządzić przez pełne cztery lata. Jestem o tym przekonany, ponieważ pomimo szeregu działań inspirowanych przez Wallenrodów oraz „przyjazne” nam kraje ościenne, prości ludzie mieszkający w Polsce, ot zwykli Kowalscy, w końcu zyskają możliwość poczucia swojej podmiotowości. Bezwzględnie. Myślę, że moje prognozy nie okażą się jedynie życzeniem subiektywnego członka PiS, ale znajdą potwierdzenie przy urnach za niespełna cztery lata. Reasumując: psy szczekają, karawana jedzie dalej!

Rząd niech reformuje, opozycja niech protestuje. Prawa demokracji. Systemu kulawego, ale jak widać na ten moment jedynego. Mam nadzieję, że czołganie Polski po korytarzach unijnych minie szybko. Widok jest przykry. To ciekawe, że organizm skażony szeregiem patologii, jakim jest EU próbuje leczyć organizm, który przechodzi właśnie kwarantannę, rozpoczętą z własnej, nieprzymuszonej woli (woli obywateli). Pocieszam się, że w perspektywie zagrożeń współczesnych Mameluków pukających do wrót Europy, unijny spór z Polską nie jest nikomu potrzebny i minie szybciej niż się nam wydaje.

Zobaczymy!

Dodaj komentarz