Zastanawiam się na ile ortodoksja, konserwatyzm, czy swojego rodzaju nonkonformizm mogą wyrażać się w postawie samoizolacji, ale jednocześnie, paradoksalnie stają się formą protestu przeciwko zjawiskom, na które nie ma się wpływu lub ma się wpływ jedynie elementarny. Czy w tych szalonych czasach rewolucji różnorakich, ta właśnie ortodoksja może uchodzić za postawę progresywną albo wręcz rewolucyjną? Czy kryzys wartości przybierający formy balu maskowego, gdzie za maskami kryją się nie wielkie idee, ale zwykłe kunktatorstwo, kalklacja łącząca stastystyki, algorytmy i wyniki badań opinii publicznej, bywa chociaż czasami dla nas czytelny, nie mówię że ewidentny – bo to raczej już niemożliwe – ale chociażby czytelny? Dlaczego łakniemy skrajności i czy wszyscy łakiniemy skrajności? Gdzie ukryte zostały proste metody dochodzenia do celu? Kto zdezawuował wartości, które są uniwersalne i czy nadal są one oczywiste? Jak szybko wypala się rewolucja i skąd bierze paliwo? Kiedy pożre własne dzieci? Może już zostały pożarte? Kto podpalił Forum, kto zamknął Hyde Parki? Dlaczego nie chcemy już ze sobą rozmawiać tylko krzyczymy? Czy krzyk może pchnąć nas do przodu, rozwijać nas? Czy kompromis to dobro, zło, zło konieczne, czy wartość. Kto aktualnie to oceni? Tak się zastanawiam …
