Najnowsza wystawa w krakowskim MOCAK-u wprowadziła mnie w wielką konsternację. Jeśli jedyną metodą w konstruowaniu narracji ma być uwypuklanie obecnych w narodzie najniższych przywar napędzanych jedynie instynktami, to warstwa merytoryczna staje się niewiarygodna. Autorzy pomylili dyskurs o sztuce z monologiem na temat wstydu bycia Polakiem. Jeśli sztuka ma być tylko united a absolutnie nie nasza, to nagle łatwo wskoczyć w buty, właśnie tak wyśmiewane przez kuratorki. Wystarczy zmienić środek ciężkości. Tak na marginesie, usilne próby udowadniania przez artystów swojej światowości, są głównym dowodem ich dramatycznego, niespełnionego, syzyfowego aspirowania do polinarodowej, istniejącej gdzieś ponad głowami zwykłych zjadaczy chleba, elity artystyczno-intelektualnej. Niespełnienie i frustracja niemożności zdominowania demokratycznego przecież status quo, pcha ich do narracji karkołomnej, bo niedopuszczającej jakiegokolwiek votum separatum. Na dyskusję zabrakło w MOCAK-u przestrzeni.
Serdecznie nie cierpię rewolucji, a więc również kontrrewolucji, jako często jej skutku. Jeśli jednak łopatologicznie ujęta rewolucja śmieszy i rozczula, chciałbym mieć okazję zaobserwować, jak wyglądałby głos kontrrewolucji. Zapewniam, że chyba nie aż tak zabawnie. To po prostu nie przystoi…
Napisałbym chętnie więcej, ale smartfon ogranicza. Ciekawe co ograniczyło kuratorki?
