Sorry Claire…

dnia

Dzisiaj w Dusznikach miała wystąpić Kate Liu. Nasz kłodzki kurort nie ma szczęścia do tej świetnej, eterycznej pianistki. Ze względów zdrowotnych, już po raz drugi, odwołała koncert. Godnie miała zastąpić ją Claire Huangci. Złote dziecko pianistyki. Niewiarygodnie rokująca artystka, która w wieku 10 lat grała na specjalnym recitalu dla Billa Clintona. Utalentowana, utytułowana – zwyciężczyni min. Konkursu Chopinowskiego w Miami. Dla dusznickiej publiczności przygotowała specjalny Chopinowski recital. Wspaniały program…, niestety wyszedł dramat.

Ogromnie ciężko pisać o miłej, sympatycznej, młodej wciąż dziewczynie, że kompletnie nie rozumie dzieł Chopina; że całkowicie ją przerosły, że ich granie może obrażać publiczność. Nie powinienem tego pisać, ale Claire nie powinna grać Chopina w takich miejscach. Jej koncert był ponurym żartem. Koncert, którego wysłuchaliśmy z poczucia przyzwoitości (część widowni w trakcie przerwy zdecydowała się pospacerować po parku i nie wróciła na kolejne utwory). Teraz wiem, że my mogliśmy również wybrać spacer.

Claire rozpoczęła swój koncert od Andante Spianato i Wielkiego Poloneza Es-dur op. 22. Dzieło wielkie, ale niewiarygodnie przez Nią spłycone. Andante Spianato leciało ino po naskórku struktury utworu, gdzie powinno sięgnąć do głęboko położonych tkanek. Wlekło się i ślizgało po powierzchni…aj…Wielki Polonez to całkowity dramat. Myślałem, że nikt nie może bardziej niszczyć fortepianu niż słynny Ivo w Balladach. Myliłem się! Claire zniszczyła Steinwaya dokumentnie. Młotki wbijały się nam się w podświadomość. Trudne to doświadczenie. Jak szuranie widelcem po talerzu. Później przyszedł czas na Nokturn. Zagrany rozwlekle, nudno, a tam gdzie nie trzeba, mocno i zbyt dynamicznie. Drażniąco okropnie. Zaraz po nim piękny Polonez Fantazja As-dur. Przemilczę. Przez szacunek dla innych wielkich grających to dzieło. Dramat! Chciało się wyjść(wyć).

Po przerwie, część publiczności, zwłaszcza z pierwszych rzędów, już nie wróciła. Ja uparłem się, żeby jeszcze posłuchać. Marta się opierała. Nie wiem po co zostaliśmy. Dwa pierwsze Nokturny z op. 27 zagrane zostały niewiarygodnie bezbarwnie, teatralnie, z niepotrzebnymi gestami, jak w kabarecie. Nudno, drażniąco, zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem, jak osoba, która nie rozumie kompletnie Chopina mogła nagrać niedawno płytę z jego Nokturnami. Nie zamierzam jej kupić. Brrr….

Na koniec pianistka uraczyła nas monumentalną Sonatą H-moll op. 58. Cóż mogę na jej temat napisać? Krótko. Alegro maestoso – szybko, ale bez historii. Scherzo. Molto vivace – plątanina totalna. Palce kłóciły się między sobą. Nie bynajmniej, jak włoska rodzina. To nie było zabawne. Largo – gra zupełnie pozbawiona rozumienia sensu tego fragmentu utworu. Finale. Presto non tanto – dramat całkowity, coś czego nie da się po prostu opisać. Nie nie będę się znęcał. Szkoda mi miłej, na pewno utalentowanej dziewczyny, która pomimo najszybszych palców świata, szczerych chęci i czasami dobrej prasy (to może ją zepsuło), kompletnie nie rozumie mistrza Fryderyka. Szkoda…, ale dlaczego My? Coś okropnego. Iść spać i chcę jak najszybciej zapomnieć.

P.S.

Nigdy, niczego takiego jeszcze nie napisałem, ale nie czuję się okropnie. To mam już za sobą. Na szczęście.

P.S. 2

Nie chce mi się nawet sprawdzać literówek w tekście. Po tylu błędach Artystki, nawet orty ujdą;-). Dobranoc, bo już noc…

Dodaj komentarz