Bratanki

Majówka w Budapeszcie wydawała się dla nas bardzo odległa. Głównie z tego względu, iż rzadko udaje nam się wytargować wolne w tym właśnie czasie. Praca w muzeach ma swoją specyfikę i my oczywiście ją szanujemy i rozumiemy. Jak mogłoby być inaczej;-)? Nie zmienia to faktu, iż czasami  trzeba pomyśleć jednak o sobie i powalczyć o kilka wolnych dni, także na przełomie kwietnia i maja. W tym roku nam się udało. Wybór Budapesztu jako destynacji naszego wypadu stał się oczywisty z kilku względów. Nie jest położony dramatycznie daleko od nas, nie byliśmy tam nigdy wcześniej, a także wszyscy mówili nam, że na Węgrzech jest po prostu pięknie. Decyzja zapadła, gdy zerknęliśmy na prognozę pogody. W Polsce niestety nie miała rozpieszczać, więc nawet nie trzeba było się mocno zastanawiać. W sobotę rano skierowaliśmy się przez Czechy i Słowację na Węgry i już wczesnym popołudniem zaparkowaliśmy autko pod miłym hotelem w owianej złą sławą dzielnicy numer VIII. Dzielnica jak dzielnica, u nas też takie są, także generalnie nic (przynajmniej za dnia) wyjątkowo nas nie zaskoczyło. Gdybyśmy nie przeczytali w przewodniku, że te właśnie rewiry, w niesamowicie bezpiecznej węgierskiej stolicy, cieszą się nieco gorszą sławą, pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi na jakieś niepokojące szczegóły. Do centrum mieliśmy prawie 5 km, ale jak to my, chcieliśmy wszędzie przemieszczać się pieszo. To nasz warunek poznawania miast, które odwiedzamy. Aby móc chłonąć klimat miejsca, trzeba poznać  zarówno jego popularne, jak również  mniej znane oraz rzadko widywane przez standardowych turystów przestrzenie. Tak robimy za każdym razem, kiedy odwiedzamy nowe miasta. Pewnie nie zawsze jest to postępowanie odpowiedzialnie, ale jednak świadome i podejmowane zgodnie. Dzięki temu zwiedzaliśmy strefy podstadionowe, przechodziliśmy przez tereny pofabryczne i magazynowe, wiedzieliśmy przyjezdnych już chyba zasymilowanych uchodźców ekonomicznych oraz pseudo a może nawet real-gangsta młodych drug-biznesmenów bujających się Beemami klasy „rodzina Soprano”, czy „octopus family”. Tyle z egzotyki, z którą mieliśmy do czynienia zwłaszcza wieczorem w opustoszałych strefach (co muszę zaznaczyć, z lekkim trzepotaniem serca, ale bez absolutnie żadnych nawet najmniejszych kłopotów).  Właściwie to powinienem wpis rozacząć jeszcze raz, ale od zupełnie innej strony. Cóż, kierowałem się chronologią, a to pewnie błąd. Trzeba było zaczynać nie od początku:-) i nie od egzotycznej specyfiki, ale od tego co najważniejsze. Dlatego wyartykułuję specjalnie i dobitnie. BUDAPESZT TO JEDNO Z NAJPIĘKNIEJSZYCH I WYJĄTKOWYCH MIEJSC W EUROPIE!!!

IMG_20170430_135205

Cudowne, nienachalne, pomocne, szanujące osobistą wolność i cieszące oczy cudownymi widokami, ciągnącymi się wzdłuż dwóch brzegów Dunaju. Miasto przyjazne, publiczne i osobiste jednocześnie, czarujące o każdej porze dnia w zupełnie inny sposób. Miejsce, w którym znaleźliśmy mnóstwo tzw. „rzeczy naszych”, dzięki którym czując, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym, jednocześnie mieliśmy poczucie, jakbyśmy nie ruszyli się z Polski ani na krok. Budapeszt to miejsce niesamowite. Dlaczego?

IMG_20170501_151944Głównie wynika to z możliwości spełnienia wielu naszych egoistycznych pragnień. Wszystkie oczekiwania, z którymi wyjeżdżaliśmy z kraju zostały tutaj  zaspokojone. W 100%! Do rzeczy. Budapeszt to miejsce przepiękne. Areał cudownej architektury: monumentalnego Parlamentu, pięknych kościołów ze Stefanem na czele, bajecznych baszt dominujących na wzgórzach Budy, wyniesionych na wzgórzach akcentów exegi monumentum, ważnych dla węgierskiego Narodu. Miejsce genialnych mostów, a także unikalnej panoramicznej perspektywy, która w wielu różnych, nawet przypadkowo wybieranych punktach widokowych, roztacza przed nami pejzaże niewiarygodne. Weduty klasyczne, liczne, z wielu miejsc. Weduty nasze osobiste, własne, widziane z Budy do Pesztu i z Pesztu do Budy. Jak tylko nam się zamarzy. Dla mnie to zdecydowanie więcej niż echa Paryżów i górek Likabet. To więcej, niż majacząca w licznych wspomnieniach Praga. Wszystko atmosferycznie do pięt jemu nie dorastające. Zastanawiam się dlaczego tak późno tam dotarliśmy. Dlaczego dopiero teraz?

Zabytki już mamy, pora na nasze klimaty muzealne. Wbrew pozorom stwierdziliśmy, że muzeów eksplorować w nadmiarze nie będziemy. Ot, dla higieny psychicznej. Muzeum -maratony, nie tym razem. Będziemy przecież, taką mamy nadzieję, nie raz jeszcze wracać. Wybraliśmy jedynie miejsce, które odwiedzić musieliśmy. Ze względów na nasze muzyczne pasje. To muzeum Ferenca Liszta. Miejsce, sądząc po  nie aż tak wielkiej liczbie zwiedzających, wcale nie kluczowy punkt programów wycieczek z Europy. Owszem, są Azjaci, ale też nie w jakichś tłumach jak w warszawskim Chopinie. Trzeba przyznać, że muzeum warszawskie różni się od pesztańskiego. Nie sposób je porównywać. Polskie nowoczesne, doładowane multimediami i węgierskie, trącące myszką, oldschool’owe, ale jednocześnie takie klimatyczne. Jak niegdyś zakopiańska Atma. Pomimo, że ekspozycja mieści się tylko w trzech pomieszczeniach, spędziliśmy na niej mnóstwo czasu. Dla chętnych są audioprzewodniki w języku polskim; kto nie ma ochoty płacić bonusów za wypożyczenie, może skorzystać z podpisów w języku angielskim. Z całą pewnością jest co oglądać. To żywa historia muzyki klasycznej. Bez wątpienia Liszt to absolutny geniusz. Tutaj, w muzeum poświęconym jego dorobkowi, można zobaczyć eksponaty bezpośrednio związane z jego życiem i twórczością. Czasami nie trzeba doładowywać wszystkiego multimediami.Obiekty mówią same za siebie (halo wrocławski Pan Tadeusz;-). Zobaczyć trzeba! Jakby zwiedzania było mało, udało nam się nabyć za niewielkie pieniądze kolejną płytę do kolekcji, oczywiście z muzyką romantycznego mistrza. Chętnie zostawiliśmy pieniądze, tym bardziej, ze do Muzeum udało nam się wejść za darmo. Węgrzy honorują polskie legitymacje:-)).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czas na relaks. Było go mnóstwo, w przerwach między spacerami. Po Budapeszcie przeszliśmy ponad 85 km. Śmiało możemy powiedzieć, że poznaliśmy miasto. Relaks to restauracje, puby i miejskie strefy odpoczynku. To Czako Kert, do którego wdrapywaliśmy się każdego dnia, to klimatyczny Puder i leżaki w Rombusz, który jak żywo, przypominał nam nasze własne oswojone strefy na Kazimierzu. To wspaniały czas i nowe ciekawe smaki. To po prostu czas odpoczynku, luzu i swobody.

Na koniec, to co najważniejsze. Mili przyjaźni ludzie. Grzeczni, ciekawi naszych historii, wyrozumiali, garnący się do pomocy. Po prostu Bratanki. To pewne. Budapeszt to zjawisko. Bez dwóch zdań!!! Już myślimy, kiedy tam wrócimy… Wracać zamierzamy często, a więc CU soon Budapeszcie ;-)!

P.S.

Komunikacja miejska działa niewiarygodnie sprawnie. Metro i trolejbusy hulają, aż miło. Budapeszt to miejsce na polską kieszeń. Opisać wszystko nie sposób. Coś niesamowitego!

Dodaj komentarz