Wszystkim moim bliskim, znana jest szczególna atencja, jaką darzę Nadzwyczajną Formę Rytu Rzymskiego. Chodzi oczywiście o ryt, w jakim sprawowana jest msza święta. Dla każdego katolika, uczestnictwo (chociażby jednorazowe) we mszy sprawowanej według zapisów sprzed Soboru Watykańskiego II, powinno być obowiązkiem. Oczywiście nie wymagam od wszystkich chrześcijan (protestanci pewnie się uśmiechną) uczestnictwa we mszach celebrowanych w języku łacińskim, ale uważam, że każdy z nas, ceniąc dorobek KRK powinien się z nią zapoznać. Oczywiście najlepiej można poznać ją nie z kart literatury, ale chociażby poprzez biernie uczestnictwo. Ja sam nie należę do katolików rygorystycznie podchodzących do wyboru obrządków i wyłącznej wierności tylko jednemu z nich. Uczestniczę chętnie w Novus Ordo Missae, imponuje mi liturgia ormiańska, a także prawosławna, a zdarzyło mi się przez przypadek uczestniczyć nawet w nabożeństwie Gospel Church w Londynie. Bogactwo sprawowanych liturgii zostawia nam prawo wyboru (pamiętam oczywiście o nauczaniu KRK, którego jestem członkiem). Trzeba podkreślić, że względnie inaczej uczestniczyć będziemy we mszy sprawowanej u dominikanów, inaczej wyglądają obrzędy u charyzmatyków, jeszcze inaczej na mszy dla dzieci w jednej z miejskich parafii, czy właśnie na tzw. mszy trydenckiej. Generalnie zasady sprawowania mszy przed i po Soborze są dramatycznie różne. Słowo dramatycznie ma tutaj posłużyć do pokazania skali zmian, jakie zostały wprowadzone bezpośrednio po nim. Co ciekawe, msze sprawowane w tzw. nowym porządku (NOM) także różnią się między sobą w wielu przypadkach dość znacząco. Może nas to dziwić, gdyż mszał opracowany po obradach soborowych, powinien gwarantować unifikację zachowań podczas celebracji liturgii. Z wielu względów tak nie jest. Nie chciałbym w tym wpisie angażować się w genezę różnorodności, a często i wypaczeń liturgicznych, ale skupić na tym co, i dlaczego osobiście pociąga mnie w kierunku mszy sprawowanych przez tradycjonalistów. Na początku kolejny raz zaznaczę, iż nie należą do jakichś skrajnych legalistów, rygorystów, czy integrystów. Uważam, że formuła przyjęta przez KRK, mało tego, szerzej, formuła chrześcijańska, gwarantuje nam możliwość odnalezienia się w rytualnej różnorodności, z zaznaczeniem warunku spajającego nas wszystkich, czyli wiary w Jezusa Chrystusa. To czy ktoś lubi msze śpiewane, recytowane, klaskane czy skakane, wbrew pozorom, przynajmniej dla mnie nie ma żadnego znaczenia. Można tutaj mówić o specyficznej, subiektywnej estetyce emocjonalnej, czyli o doborze formy do własnych potrzeb emocjonalnych. Inaczej, każdy pójdzie tam, gdzie zagwarantują mu możliwość uzyskania najlepszego kontaktu z Chrystusem. Stąd też mamy klaszczącą i modlącą się językami Odnowę w Duchu Świętym, dość hermetyczny Neokatechumenat, niedzielne nabożeństwa dla dzieci, gdzie pojawiają się często elementy żywcem zaczerpnięte z zabaw, a także, tu wykraczam poza obręb KRK, msze zielonoświątkowe, adwentystyczne, czy syntetyzując można by rzec spotkania wspólnot ewangelikalnych, czy pentakostalnych określane jako nabożeństwa (sobotnie bądź niedzielne). Rodzina chrześcijańska jest wspólnotą teoretycznie podzieloną, ale jednak bardzo spójną, połączoną wyraźnym zwornikiem w postaci Słowa Bożego, a w logicznej konsekwencji – Jezusa. Stąd także popularne ruchy o charakterze ekumenicznym. To oczywiste, że każdy z nas, korzystając z wolnej woli, może wybrać gdzie pójdzie i w jakim celu tam się uda. Dla jednych, dużo bliższe jest wspólnotowe spotkanie oparte na kazaniu, radosnym śpiewie, wysłuchaniu świadectw z celebrowaniem jedynie pamiątki odkupienia, dla innych, w tym katolików, kluczowe powinno być skupienie na uczestnictwie w tajemnicy ofiary, która na naszych oczach powtarzana jest na każdej mszy świętej. Z bólem muszę stwierdzić, iż nie wszyscy uczestniczący we mszach mają pełną świadomość, co stanowi jej najważniejszy kulminacyjny punkt. Nie można tego jednak absolutnie oceniać, gdyż nie jest to często wina wiernych, ale niestety duchownych, którzy nie dość dobrze wywiązują się ze swojej duszpasterskiej posługi. Oczywiście nie można generalizować:-). Osobiście, uczestniczę chętnie zarówno we mszach w rycie przed, jak i posoborowym, jednak mając możliwość wyboru, zawsze chętniej skorzystam z możliwości oferowanych mi przez duszpasterstwa tradycyjne. Tradycjonaliści naznaczani bywają w ostatnich czasach piętnem faryzeizmu, radykalizmu, czy wręcz skrajnego nacjonalizmu. Ja z radykalnymi postawami nigdy się nie utożsamiałem i czy oceny te są słuszne pozostawiam kwestią otwarta (ja uważam je za wielce niesprawiedliwe), jednak nie sposób nie zauważyć, iż ich upór i konsekwencja przechowały dla mojego pokolenia ryt wyjątkowy, transcendentny, a miejscami mistyczny. Liturgia przedsoborowa nie jest wprawdzie niewiarygodnie dynamiczna, wymaga skupienia, cierpliwości i dla wielu, w swej przydługiej formule, wydaje się być nużąca, gwarantuje jednak, przynajmniej dla mnie, wyjątkową możliwość dotknięcia Absolutu, sposobność współudziału w niewiarygodnej tajemnicy. Konstrukcja mszy w doskonały sposób, drobnymi krokami zakodowanymi w rubrykach prowadzi nas do kulminacji, którą wypełnia, ta właśnie tajemnicza ofiara, znana nam ze stron Nowego Testamentu. Dla mnie przeszkodą nie jest nawet język łaciński (nie chodzi o to, że łaciny uczyłem się na studiach, nie znam jej przecież bardzo dobrze), trzeba bowiem obiektywnie zauważyć, że język, który przez wieki był elementem nieodłącznym w liturgii, doskonale wpisuje się w klimat estetyki, o którym już wspomniałem. Całość rubryk i nigryk zapisanych w mszale, to scenariusz dla niewiarygodnej podróży, dla theatrum sacrum, w którym każdy z nas może uczestniczyć. Czy trzeba się do tego wcześniej przygotować? Na pewno dla kogoś, kto po raz pierwszy uda się na mszę odprawianą w języku łacińskim i odmiennym rycie, może wydawać się on dziwny. Myślę jednak, że cierpliwe jego poznawanie gwarantuje, za każdym razem „nowe stopnie wtajemniczenia”. Uczestnicząc w tejże liturgii za każdym razem odkrywamy coś nowego, jednocześnie, za każdym razem, wdrapując się o kolejny stopień sacro-drabiny. Przecież oczywistym jest, że każdemu katolikowi, każdemu chrześcijaninowi powinno zależeć na indywidualnym budowaniu osobistej relacji z Bogiem. Dla mnie, to właśnie liturgia trydencka stanowi środek, który daje udział w wielkiej tajemnicy i zbliża mnie do Kogoś, kto stoi w centrum życia każdej wierzącej osoby.
Na ziemi kłodzkiej, o czym już niegdyś pisałem (materiał dostępny tutaj), msze przedsoborowe sprawowane są przez Duszpasterstwo Wiernych Tradycji Łacińskiej Diecezji Świdnickiej, raz w miesiącu w Kłodzku. W większych miastach, jak w Warszawie, czy Krakowie msze w tymże rycie odprawiane są codziennie, przez: księży diecezjalnych, duchownych zrzeszonych w Bractwie św. Piotra, czy św. Piusa X. Ze względu na fakt, iż często goszczę w Krakowie, najczęściej zdarza mi się uczestniczyć we mszach odprawianych przez kapłanów FSSP (Bractwo św. Piotra). Bractwo to „spółka córka” „odszczepionych” (czy odtrąconych), a teraz ponownie „dospawanych” do kościoła Lefebrystów. „Spółka córka”, ponieważ wyrosła z piusowskiego pnia, a następnie włączona została w pełną komunię z Rzymem, po zawirowaniach związanych z ekskomuniką nałożoną na Piusowców. Sprawy to skomplikowane, a tematem tego wpisu nie jest analiza doktrynalna, więc dodam tylko, że nawet ostrożni katolicy mogą na msze trydenckie organizowane przez FSSP śmiało gonić bez wyrzutów sumienia (obecnie właściwie również i do FSSPX). Doświadczenie, zwłaszcza dla młodego pokolenia, będzie na pewno bardzo ciekawe. Dla oazowiczów, charyzmatyków i neonów zapewne wstrząsające, ale warto otwierać się na nowe doświadczenia. Transsubstacjacja taka sama:-))) Taka nasza katolicka jedność w różnorodności. Myślę, że nawet dla chrześcijan skupionych w kościołach i wspólnotach poza KRK, może być to ciekawe lekcja. Polecam, chociażby w ramach praktyk ekumenicznych. Podsumowując, warto!
Poniżej:
fota lewa – Niedzielna msza w rycie trydenckim w Kościele św. Krzyża w Krakowie (sprawowana przez FSSP)
fota prawa – W dni powszednie msze trydenckie sprawowane są w Katedrze na Wawelu przed Ołtarzem Pana Jezusa Ukrzyżowanego z legendarnym Krucyfiksem św. Jadwigi.