Dzisiaj biorę się za jeden z Polonezów, numerowany jako 2. w op. 26 autorstwa Fryderyka Chopina. Polonez es-moll, bo o nim tutaj mowa, to jeden z piękniejszych utworów w tymże gatunku. Sam mistrz określał oba Polonezy zamknięte w dziele 26. jako „polonaises mélancoliques„. Wprawdzie więcej w nich rzeczywistego, namacalnie wyczuwalnego dramatu, niż melancholii, nie da się jednak nie wspomnieć o leciutko zawieszonych, onirycznych momentach lirycznych. Przytłoczone „masą” elementów tragicznych, stanowią one właściwie jedynie drobno rozsiane akcenty w zapisie nutowym całego dzieła. Od określeń właściwych naturze melancholijnej bardziej pasują w ich przypadku porównania do nastrojów, którymi targani są sangwinicy. Z samym autorem jednak nie sposób polemizować.

Polonez es-moll to dzieło już dojrzałego kompozytora, powstałe na emigracji w latach 30., oczywiście wieku XIX. Utworu nie wolno rozpatrywać bez kontekstu Poloneza cis-moll, czyli pierwszego w op. 26. Dramatyczno-liryczny, otwarty Polonez nr 1, inaugurujący dzieło i w jasny sposób kodujący ogromny ból to właściwie rozbudowany prolog dla ponurego rozwoju narracji w drugiej części dzieła (patrz Polonez nr 2). Polonez nr 2 nie jest już tak emocjonalnie oczywisty. To męczące, ponure dopełnienie opowiadania poprzedzającego je utworu. Czający się, pełzający gniew wybucha w nim cyklicznie, za każdym razem eksplodując romantycznym dramatem. Jakim? Myślę, że obecnie dramat ten należałoby rozpatrywać w kategoriach uniwersalnych. Na nasze własne potrzeby. Potrzeby melomanów. Natura jednostkowej tragedii przekazanej w nutach przez Chopina, jest przecież każdorazowo przetwarzana współcześnie przez miliony słuchaczy, poświęcających temu utworowi odrobinę więcej niż 9 minut. Suflowanie do utworu, przy każdym z przesłuchań naszych własnych wrażeń kreuje niesamowity efekt impresjonistycznej (również ekspresjonistycznej) transformacji utworu przecież stricte romantycznego. Każdy może mieć swój własny, chwilowy Weltschmerz.
Uważam, że oba Polonezy powinno się traktować jako jedną spójną całość, nie zmienia to jednak faktu, że bardzo często grane są jako niezależne, skończone utwory. Ich kompozycja zdecydowanie na to pozwala, cóż jednak stoi na przeszkodzie, aby cieszyć się nimi razem. W końcu stanowią elementy tego samego dzieła.
W mojej domowej „filharmonii” króluje wykonanie Eugeniusza Kissina zarejestrowane w 2004 roku na festiwalu w Verbier (oczywiście w lipcu:-). W internecie znaleźć można sporo ciekawych interpretacji Poloneza es-moll. Zachowało się nawet nagranie I.J. Paderewskiego z 1930 roku. Są także inne, równie ciekawe, także z wykorzystaniem instrumentów z czasów Fryderyka. Wspaniała sprawa. Warto Poloneza es-moll rozebrać na czynniki pierwsze. Polecam.
Przy wartościowaniu należy próbować zachować obiektywizm, dlatego też odsyłam do interpretacji Rubinsteina:-), nie mogę jednak pominąć mojego faworyta:-))). Na koniec, jeśli ktoś uwielbia solidne dynamiczne armaty, musi posłuchać Polonezów wystrzelanych przez Vladimira Ashkenazy’ego. Uwielbiam!