Dzisiaj post luźny weekendowy, ale o tematyce ciężkiej, egzystencjalnej, koniecznej. Na początek rzecz, o której w tym roku będę pisał wielokrotnie. Pewnie każdego miesiąca, bowiem będę bezpośrednio zaangażowany w pewien proces, właściwie już spektakularnie, choć kuluarowo zainaugurowany, proces stanowiący dzieło-rzecz, pro memoria. To proces celebracji rocznicy wyjątkowej, okrągłej i zarówno dla mnie, jak i Martusi znaczącej. Ze względów prywatnych, ale także zawodowych. Rok 2016 to 90. rocznica śmierci artysty absolutnie genialnego, którego twórczość niewiarygodnie trudno wyrazić słowami, ubrać w jakiekolwiek kostiumy komunikacji pisemnej, werbalnej, czy jakiejkolwiek poza…Prawie 90. lat temu zmarł Leon Wyczółkowski. Artysta kompletny, duchowy, ideowy, realistyczny, mistyczny, kolorowo-fakturowy, techniczny, kunsztowny. Miejscami organoleptyczny, miejscami transcendentny. Twarz swojej epoki, a właściwie odbicie wszystkich twarzy tej epoki. Oprócz paru, Innych, Wielkich – Ikona. Tyle na początek, dzisiaj. Będę wracał do p. Leona wielokrotnie, już w najbliższych dniach, ale dzisiaj nie tylko o nim. Dzisiaj jego twórczość posłuży mi jedynie jako klamra spinająca swojego rodzaju artystyczne, przedśmiertne rytuały rozpoczynające proces właściwej inicjacji. Przez artystów proces zapewne wyczuwany na tyle wcześnie, ażeby mogli spektakularnie przygotować się do chwilowej podróży, niosącej, czy wynoszącej jednostkę do czasoprzestrzeni odpowiedniej czy adekwatnej dla…
Od kilku tygodni przygotowuję się do zajęcia stanowiska w sprawie pewnej niespodziewanej śmierci, śmierci artysty wyjątkowego, który od dekad lansując trendy muzyczne, modowe i lajfstajlowe czarował kilka pokoleń miłośników specyficznego awangardowego brzmienia. Muzyka Dawida Bowiego (bo jak w nagłówku, o nim ten krótki wpis głównie) to już od pierwszych brzmień, utworu otwierającego debiutancką płytę, biegnąc przez kawałki całej dyskografii, magia, która brzmieniowo hipnotyzuje i czaruje mantrycznie. Twórca hitów, który co nieocenione, zwłaszcza w naszych szalonych czasach, nigdy nie oglądał się na zapotrzebowanie mas, ale sam brał na siebie ciężar kreowania mody na niemodne, niecodzienne i nietuzinkowe. Wychodziło mu to aż nader dobrze. W grudniu zeszłego roku, w fejsbookowym wpisie, wrzucając jeden z utworów z najnowszej płyty wyraziłem swój zachwyt nad nieprzemijalnością talentu tego człowieka, konstatując, iż pomimo upływu czasu jest tak samo genialny. Nie wiedziałem, że płyta, którą „zaczepiałem” w swoim komentarzu będzie płytą epilogiem, płytą requiem.
Muzyka z ostatniego albumu, już od ponad miesiąca towarzyszy nam praktycznie cały czas. Jej rytm, sporadycznie przerywają moje Chopinowskie fascynacje, ostry rock bandów Martusi, nasze chwilowe clubbingi&chillouty, nie zakłócając ciągłości konduktowego przekazu. Płyta „Black Star” to zjawisko wyjątkowe, wbrew tytułowi, chciałoby się rzec jasno świecące na firmamencie brandów muzycznych roku minionego. Właśnie, już minionego. Przekaz fabularny ścieżki pt. „Black Star” to ogarniając moją percepcją, nic innego niż wstępny etap koniecznego, podążając za twórczością Davida, teatralnego rytuału inicjacyjnego. Rytuał ten, rozpoczynając się niewygodnym promocyjnie, ale niezmiernie skutecznym tytułowym utworem, kontynuowany jest mantrą dźwięków drogi przejścia, drogi dla artysty wiadomej i chyba oswojonej. Muzyczne cudo, które hipnotyzującym szamańskim momentami jazzem i rwanym beatem wciąga w obrzędy, sprawia, że musimy stać się uczestnikami spektaklu przygotowanego jako klasyczne requiem. Requiem świadome, wymuszone cierpieniem i nadzieją. Wygrywane z każdą następną minutą opus, kolejne utwory, to snucie opowiadania, myślę, że ze spodziewanym happy endem. Nie wiem , czego oczekiwał Dawid. Jego życie to poemat dygresyjny, którego esencja jest dla wielu enigmą. On sam z pewnością wiedział czego oczekuje, na co liczy i komu ufa. Ostania z płyt w jego dyskografii, mnie osobiście wiele wyjaśnia. Uważam, że czytelna jest zarówno warstwa tekstowa, jak i uwypuklająca ją powłoka muzyczna. „Black Star”to dźwiękowe arcydzieło, powieść w odcinkach. Ja osobiście noszę nadzieję, że zakończona dla artysty radosnymi dźwiękami z jego ostatnich utworów, bowiem w wielu z nich, w zawoalowanej formie można wyczuć chęć bycia właśnie Tam. Spięte jest to świadomą szczerością poszczególnych rozdziałów, świadomym wyznaniem, muzyczną spowiedzią, spowiedzią grzesznika-człowieka. Może jest to uderzenie w się w piersi, może tylko podsumowanie. Dawid kreator, Dawid śmiertelnik, Dawid gwiazda. Tylko czarna, aż czarna, czy życzeniowo czarna? Requiem fantastyczne. Dla nas zrozumiałe doskonale, podsumowujące barwną drogę muzyczną.
Dzieła dopełnia okładkowa czerń, pozorna ciemność, która paradoksalnie, dzięki warstwie muzycznej emanuje ogromną nadzieją. Niepokoi jedynie głos artysty. Nic w tym jednak dziwnego. On czeka. Płytę polecam! Każdy powinien poznać jej tajemnicę. Tyle na dziś.
P.S.
No właśnie, a po co Wyczółkowski? Jak zaznaczyłem, ze względu na tegoroczną celebrę, ale nie tylko. Przeglądając ostatnio prace artysty natknąłem się na dzieło o ewidentnie podobnej do muzycznego tworu Dawida, wymowie. „Wiosna” – jedna z ostatnich prac Leona. Akwarela, która miała posłużyć jako studium do litografii o identycznym tytule. Litografii nigdy już nie wykonanej.
Spójrzcie, jakież to podobne, pomimo że bez muzyki i bez siedzącej w fotelu „Czarnej Gwiazdy”. Nie uważacie?