Zastanawiam się od pewnego czasu nad kryteriami oceny interpretacji muzyki klasycznej Piotra Anderszewskiego. Wracam do niej często. Zwłaszcza ostatnio.
Każdemu z naszych spotkań zawsze towarzyszy pewien rodzaj zjawiskowości i unikalności, wręcz nierzeczywistości. Czy to ona właśnie lokuje artystę w panteonie najwybitniejszych, żyjących pianistów? Czasami myślę, iż ten nierzeczywisty element, ciężki do uchwycenia, jest jednocześnie namacalny i zakorzeniony w rzeczywistości. Stała osadzona mocno tu i teraz. Zdarza się. Zdarzanie się. Wrażenie bycia poza, stojąc jednocześnie twardo na gruncie wyznaczonym przez zapis nutowy. Fundamenty, które dają możliwość budowy wielu zwieńczeń, zarówno przez artystę jak i odbiorcę. Dostarczenie palety, która w zależności od okoliczności współuczestnictwa w utworze pozwala dobierać technikę odbioru, mnogość słyszenia. Nie ma tutaj korespondencji z autorem, jest raczej odczytywanie jego zamysłu i tropienie śladów pozostawionych wiele wieków przed. Jest w interpretacjach, niezależnie czy to muzyki Bacha, czy Chopina, pewna stała wartość, wynikająca właśnie z tej wierności zapisowi nutowemu. Jest również u Anderszewskiego pewne pole, głuche interludium, które stanowi o procesie myślowym towarzyszącym kreacji. Głuche pole, które dla artysty jest środkiem wyrazu dla odbiorcy zaś czasem na oderwanie się od wspomnianego gruntu ścieżki dźwiękowej.
Ciekawe, że od pewnego już czasu w muzyce klasycznej tropię stałe, wektory i kierunki rozchodzenia dźwięku. Przykładam coś nieuchwytnego do wartości czysto fizycznych i wychodząc z nauki ścisłej, za każdym razem przez te właśnie elementy matematyczne i fizyczne, ląduję na orbicie wyrzucany przez muzyczną odśrodkową dość daleko poza te właśnie wartości. Zastanawiam się na ile artysta świadomy jest mnogości sytuacji estetycznych, które tak precyzyjnie tworzy? Może kiedyś zapytam. Lubię te stałe…
Sprzed. Nie trzeba odtwarzać. Wystarczy przywracać!
