W dniu z Ravelem ograniczam się tylko do jednego dzieła i bardzo okrojonej liczby wykonawców. Piszę o wykonawcach, bo oczywiście oprócz pianistów, których zabraknąć nie mogło, mam na myśli dyrygentów i orkiestry grające pod ich batutą 😁😁😁. Konkretnie; tłukę do oporu dwie płyty z mojego zbioru, mianowicie wydawnictwa Deutsche Gramophon Gesellschaft (a jakże) z Koncertem fortepianowym G-dur Maurice’a Ravela. Utwór wyjątkowy, o genialnej, a do tego jakże pięknej kompozycji. Znam go już prawie na pamięć, ale dzisiaj postanowiłem raz jeszcze przesłuchać najlepsze, moim zdaniem, wykonania tego utworu. Raz jeszcze, to raczej brak precyzji, ponieważ interpretacje koncertu autorstwa: Marthy Argerich i Krystiana Zimermana poszybowały dzisiaj w eter, chyba w sumie kilkanaście razy. Jakież to wykonania? Po pierwsze Marthy Argerich z London Symphony Orchestra pod batutą niewiarygodnego Claudia Abbado oraz Krystiana Zimermana w asyście The Cleveland Orchestra pod batutą Pierre’a Boulez. Jakież (!!!) to Wykonania? Cóż… po prostu klasy światowej. Rywalizacji międzypianistycznej oczywiście brak, bo jakże to móc przyłożyć geniusz to geniuszu. Przystający są jednak do siebie, matematycznie wręcz. Gdyby rozebrać utwory na części, a właściwie cząstki, Każde z nich zagarnęłoby częstek po równo. Właściwie to mikrocząstek, bo należałoby podzielić utwór właściwie na odrębne nuty zagrane, w każdym z tych cudownych przypadków, wręcz niewiarygodnie. Niewiarygodnie, jak niewaiarygodna jest kompozycja Ravela. Dandysa, którego elegancję czuje się w każdej precyzyjnie skomponowanej części koncertu. Dla mnie, osobiście wpływy Pana Mozarta, jakże czytelne i cudownie zaadaptowane, zmetamorfizowane, są esencją tego arcydzieła. Orkiestry dyrygowane przez Panów: Abbado i Boulez, cóż rzec… Słów brakuje, a Państwo Argerich&Zimerman, niby osobno, niby w innych częściach świata i z innymi muzykami, a jakże w efekcie rozszczepienia wiązki artyzmu… zbieżnie… Kilkanaście razy to zbyt mało. Lecę dalej…
